Na ekranach telewizorów pojawiły się majestatyczne, czerwone ciężarówki z napisem „Coca-Cola”. Dla chrześcijan i prawie wszystkich Polaków oznacza to, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Oczywiście sklepy uprzejmie, choć niezbyt delikatnie, sugerowały nadejście świąt od początku listopada, kiedy to choinki i mikołaje wyparły z wystaw dynie i czarownice. Na ulicach radośnie migocą lampki poukładane w urocze wzorki gwiazd, mikołajów, reniferów i choinek. Ech… piękny ten czas oczekiwania na Boże Narodzenie!
Bardzo ważnym elementem przygotowania do świąt są zakupy. Wigilia musi być wystawna, a niektóre produkty są nieco tańsze jeśli kupić je odpowiednio wcześnie. Nie można zapomnieć też o prezentach! Babci „Doppelherz”, dziadkowi tytoń fajczarski, mamie perfum, tacie krawat, siostrze wisiorek, dziewczynie pierścionek, chłopakowi grę, dziecku lego… Wymyślanie podarków nie jest taką prostą sprawą, a pod choinką coś leżeć musi. O Jezu - Choinka! Nowe bombki też by się przydały…
Czas na ostatnie przygotowania – generalne porządki obejmujące standardowe wycieranie kurzu jak również odświętne pranie firanek, mycie okien i czyszczenie nieco przykurzonych mosiądzów. Zamiast tradycyjnych serwetek w kwiatki i liście pojawiają się te z choinkami i bombkami. Świeczka w kształcie Mikołaja czy świętej rodziny na półce będzie radośnie przypominać o świątecznym okresie.
Wigilia już tuż-tuż! Ubieranie choinki, gotowanie moczki i makówek (ew. kutii) , robienie pierogów, przygotowywanie karpia i…. wreszcie kolacja! Dwanaście potraw, puste nakrycie dla wędrowca, łamanie się opłatkiem, wspaniałe jedzenie. Potem jeszcze rozpakowywanie prezentów, mniejsza lub większa radość z nich i wspólne świętowanie. Dla znudzonych rodzinnymi pogawędkami jest także bogata oferta filmowa – „Szklana pułapka” i „Kevin sam w domu” nie pozwolą zapomnieć o świętach.
Tak zdecydowanie święta Bożego Narodzenia są lepsze od Wielkiej Nocy!
poniedziałek, 21 grudnia 2009
sobota, 12 grudnia 2009
091212
Witamy Państwa na gali kendo sportowego! Dziś oprócz walk profesjonalnych zawodników mamy dla państwa zupełnie wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju, długo wyczekiwaną walkę Andrzeja Gołoty z Chuckiem Norrisem. Znany bokser i znany aktor zmierzą się w morderczym pojedynku kendo! „Trenowałem długo z moim kijem. Na pewno wygram!”, mówi Gołota. „Wierzę, że uderzenie z półobrotu również w kendo uczyni mnie niepokonanym…”, celnie ripostuje Chuck. Który z nich miał rację? Przekonamy się już za chwilę.
W studiu gościmy kilku znakomitych gości. Witamy Jacka Gmocha, który przygotuje analizę walki, witamy Annę Muchę, która zajmie się estetyczną stroną przedsięwzięcia oraz sportowca wszechczasów - Adama Małysza. Pani Aniu – może kilka słów o samych zawodnikach? „Tak, tak… Chuck Norris to zawodowy aktor i ma brodę, a Andrzej Gołota jest zawodowym bokserem i nie ma brody”. …Dziękuję. Panie Adamie, najważniejsze pytanie – kto wygra? „Nie kibicuję żadnemu z zawodników. Myślę, że wygra po prostu najlepszy”.
Nikt się tego nie spodziewał! To zupełnie niesamowite! W piętnastej sekundzie Chuck Norris wyprowadził swoim shinai cios z półobrotu i zwyciężył! Właśnie narodziła się nowa wielka gwiazda kendo sportowego! Proszę państwa! Kto następny? Teramoto? Oddajemy głos do studia, gdzie nasi goście skomentują tę historyczną walkę.
Panie Gmoch – co pan sądzi? „Chuck Norris sprawił nam małą niespodziankę tym ciosem. Jest to z pewnością dowód pewności siebie i klasy. Przeanalizujmy sytuacje przed ciosem… Tutaj na stopklatce mamy zawodników: po prawej Andrzej, spokojny, pewny siebie, a po lewej Chuck, który jak tygrys szykuje się do ciosu. Na następnej stopklatce widzimy (może zaznaczę to na czerwono) jak ręka Chucka powoli wykonuje ruch w bok. Takiego oskrzydlenia nie spodziewał się Gołota. Może wezmę go w kółeczko. Zdezorientowany chciał uciec w prawo, ale Chuck był szybszy i na ostatniej stopklatce mamy leżącego Gołotę trzymającego się za twarz” Dziękuję. Pani Aniu – co pani sądzi o tej walce? „W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje. Te wszystkie maski i stroje. Nie widziałam po prostu brody i na początku myślałam, że to Andrzej Gołota wygrał...”
Zapytajmy zwycięzcę o wrażenia z walki. „Wygrała ciężka praca i determinacja. Jak ja coś robię, to zawsze na 100%. Daję z siebie wszystko i do przodu!”. Takimi słowami Chuck Norris, nowa i obiecująca postać światowego kendo podsumowuje i walkę. Jeszcze tylko kilka komentarzy internautów i żegnamy się z Państwem.
„W Kendo ważne jest skupienie. Nie można wygrać w 15 sek. To było ustawiane”. „Chuck… ty ch***”. „Haha! Gołota dostał jak dziecko!”. „I znowu poszedłem się odlać i mnie minęła cała walka…”. „W Kendo nie chodzi się w butach tylko w chodakach, a Chuck Norris miał trampki. To jakaś kpina!”. „W tej telewizji to tylko przemoc! Zepsucie i zaraza!”
W studiu gościmy kilku znakomitych gości. Witamy Jacka Gmocha, który przygotuje analizę walki, witamy Annę Muchę, która zajmie się estetyczną stroną przedsięwzięcia oraz sportowca wszechczasów - Adama Małysza. Pani Aniu – może kilka słów o samych zawodnikach? „Tak, tak… Chuck Norris to zawodowy aktor i ma brodę, a Andrzej Gołota jest zawodowym bokserem i nie ma brody”. …Dziękuję. Panie Adamie, najważniejsze pytanie – kto wygra? „Nie kibicuję żadnemu z zawodników. Myślę, że wygra po prostu najlepszy”.
Nikt się tego nie spodziewał! To zupełnie niesamowite! W piętnastej sekundzie Chuck Norris wyprowadził swoim shinai cios z półobrotu i zwyciężył! Właśnie narodziła się nowa wielka gwiazda kendo sportowego! Proszę państwa! Kto następny? Teramoto? Oddajemy głos do studia, gdzie nasi goście skomentują tę historyczną walkę.
Panie Gmoch – co pan sądzi? „Chuck Norris sprawił nam małą niespodziankę tym ciosem. Jest to z pewnością dowód pewności siebie i klasy. Przeanalizujmy sytuacje przed ciosem… Tutaj na stopklatce mamy zawodników: po prawej Andrzej, spokojny, pewny siebie, a po lewej Chuck, który jak tygrys szykuje się do ciosu. Na następnej stopklatce widzimy (może zaznaczę to na czerwono) jak ręka Chucka powoli wykonuje ruch w bok. Takiego oskrzydlenia nie spodziewał się Gołota. Może wezmę go w kółeczko. Zdezorientowany chciał uciec w prawo, ale Chuck był szybszy i na ostatniej stopklatce mamy leżącego Gołotę trzymającego się za twarz” Dziękuję. Pani Aniu – co pani sądzi o tej walce? „W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje. Te wszystkie maski i stroje. Nie widziałam po prostu brody i na początku myślałam, że to Andrzej Gołota wygrał...”
Zapytajmy zwycięzcę o wrażenia z walki. „Wygrała ciężka praca i determinacja. Jak ja coś robię, to zawsze na 100%. Daję z siebie wszystko i do przodu!”. Takimi słowami Chuck Norris, nowa i obiecująca postać światowego kendo podsumowuje i walkę. Jeszcze tylko kilka komentarzy internautów i żegnamy się z Państwem.
„W Kendo ważne jest skupienie. Nie można wygrać w 15 sek. To było ustawiane”. „Chuck… ty ch***”. „Haha! Gołota dostał jak dziecko!”. „I znowu poszedłem się odlać i mnie minęła cała walka…”. „W Kendo nie chodzi się w butach tylko w chodakach, a Chuck Norris miał trampki. To jakaś kpina!”. „W tej telewizji to tylko przemoc! Zepsucie i zaraza!”
poniedziałek, 30 listopada 2009
091130
Pewnie każdy się ze mną zgodzi, że nałogowe palenie papierosów jest czymś szkodliwym i dla palącego i dla osób postronnych przebywających w jego otoczeniu. Podważyć się tego nie da, bo wynika to z ogólnoświatowych badań (nie Amerykańskich, bo oni po latach badań dowiedli, że geny kobiece zbliżone są do ludzkich). Prowadzi się wiele akcji typu „nie pal!” czy „Palenie albo zdrowie..”, umieszcza się napisy na papierosach: „jak będziesz palił to umrzesz” i tak dalej. Wszystko po to żeby społeczeństwo było doinformowane i zdawało sobie sprawę z zagrożenia związanego z kurzeniem.
Nie można w takim razie powiedzieć, że ludzie nie wiedzą, iż palenie zabija. Problem pojawia się gdy taki doinformowany obywatel jednak zechce palić. Nawet nie nałogowo – ot dymek przy piwku w barze, albo do towarzystwa podczas przerwy w pracy. Czy to coś złego? Może tak, może nie. Każdy ma jakiś pogląd na ten temat i pewnie jak zwykle gdzie dwóch polaków tam trzy zdania. Problem zaczyna się kiedy ten Kowalski mimo wszystko zechce zapalić. Wyciąga papierosa z wymiętolonej paczki (nosi ją w torbie od miesiąca), zapalniczkę pożycza od palącego kolegi i szuka miejsca żeby zapalić… i szuka… i szuka… i szuka…
Zauważyłem, że palacz, czy też zwykły człowiek chcący zapalić, nie ma gdzie tego zrobić. W tym momencie jest w o wiele gorszej sytuacji niż alkoholik, który może iść do baru. W restauracjach powoli znikają miejsca dla palących, w firmach likwiduje się palarnie, na ulicy grozi mandat za „palenie w miejscu publicznym”, w barach powoli też krzywo się na to patrzy (w Irlandii po wprowadzeniu zakazu palenia w pub’ach jedna czwarta z nich zbankrutowała). Pozostaje palenie ukradkiem…
Wyobraźmy sobie biznesmana, który lecąc z Warszawy do Pekinu ma przesiadkę w Helsinkach i czeka godzinę na lotnisku. Co robić przez ten czas? Chętnie by sobie zapalił, ale trafia na kolejne tabliczki z zakazem. Okazuje się, że w jego strefie w ogóle nie można palić. Można nawalić się jak Messerschidt w barze, kupić pornola żeby iść do łazienki i rozładować napięcie, ale zapalić nie ma gdzie. Nasz biznesman to poważny człowiek, który ma pięćdziesiątkę na karku i doskonale zdaje sobie sprawę, że palenie jest złe. Nie ma jednak wyjścia – musi udać się do kiepsko wentylowanej łazienki i po kryjomu zapalić szybko fajkę. Na dodatek następny użytkownik toalety będzie mocno niepocieszony z powodu dymu. Brzmi bez sensu?
Ale tak jest. Mimo tego, że w Polsce mamy około 9 mln palaczy miejsc do palenia jest coraz mniej. Według naszej konstytucji nikt nie może być dyskryminowany, a oni jakby są… Nie chcę żyć w czyimś dymie i wdychać czyjeś spaliny, ale nie rozumiem czemu likwiduje się dobrze wentylowane palarnie, wagony dla palących (ostatnio jakaś pani upomniała palącego człowieka w wagonie dla palących – paranoja), miejsca w restauracjach dla palących. Komu to tak naprawdę przeszkadza? Dym tytoniowy i tak będzie, bo nagle nie przestaniemy wszyscy palić, a dzięki wydzielonym miejscom będzie on umiejscowiony i być może mniej szkodliwy. Ale cóż – ludzie za mądrzy nigdy nie byli, a najwięcej krzykaczy to byli palacze, którzy nagle wyzwolili się z nałogu. To chyba jest najśmieszniejsze w tym wszystkim.
Nie można w takim razie powiedzieć, że ludzie nie wiedzą, iż palenie zabija. Problem pojawia się gdy taki doinformowany obywatel jednak zechce palić. Nawet nie nałogowo – ot dymek przy piwku w barze, albo do towarzystwa podczas przerwy w pracy. Czy to coś złego? Może tak, może nie. Każdy ma jakiś pogląd na ten temat i pewnie jak zwykle gdzie dwóch polaków tam trzy zdania. Problem zaczyna się kiedy ten Kowalski mimo wszystko zechce zapalić. Wyciąga papierosa z wymiętolonej paczki (nosi ją w torbie od miesiąca), zapalniczkę pożycza od palącego kolegi i szuka miejsca żeby zapalić… i szuka… i szuka… i szuka…
Zauważyłem, że palacz, czy też zwykły człowiek chcący zapalić, nie ma gdzie tego zrobić. W tym momencie jest w o wiele gorszej sytuacji niż alkoholik, który może iść do baru. W restauracjach powoli znikają miejsca dla palących, w firmach likwiduje się palarnie, na ulicy grozi mandat za „palenie w miejscu publicznym”, w barach powoli też krzywo się na to patrzy (w Irlandii po wprowadzeniu zakazu palenia w pub’ach jedna czwarta z nich zbankrutowała). Pozostaje palenie ukradkiem…
Wyobraźmy sobie biznesmana, który lecąc z Warszawy do Pekinu ma przesiadkę w Helsinkach i czeka godzinę na lotnisku. Co robić przez ten czas? Chętnie by sobie zapalił, ale trafia na kolejne tabliczki z zakazem. Okazuje się, że w jego strefie w ogóle nie można palić. Można nawalić się jak Messerschidt w barze, kupić pornola żeby iść do łazienki i rozładować napięcie, ale zapalić nie ma gdzie. Nasz biznesman to poważny człowiek, który ma pięćdziesiątkę na karku i doskonale zdaje sobie sprawę, że palenie jest złe. Nie ma jednak wyjścia – musi udać się do kiepsko wentylowanej łazienki i po kryjomu zapalić szybko fajkę. Na dodatek następny użytkownik toalety będzie mocno niepocieszony z powodu dymu. Brzmi bez sensu?
Ale tak jest. Mimo tego, że w Polsce mamy około 9 mln palaczy miejsc do palenia jest coraz mniej. Według naszej konstytucji nikt nie może być dyskryminowany, a oni jakby są… Nie chcę żyć w czyimś dymie i wdychać czyjeś spaliny, ale nie rozumiem czemu likwiduje się dobrze wentylowane palarnie, wagony dla palących (ostatnio jakaś pani upomniała palącego człowieka w wagonie dla palących – paranoja), miejsca w restauracjach dla palących. Komu to tak naprawdę przeszkadza? Dym tytoniowy i tak będzie, bo nagle nie przestaniemy wszyscy palić, a dzięki wydzielonym miejscom będzie on umiejscowiony i być może mniej szkodliwy. Ale cóż – ludzie za mądrzy nigdy nie byli, a najwięcej krzykaczy to byli palacze, którzy nagle wyzwolili się z nałogu. To chyba jest najśmieszniejsze w tym wszystkim.
środa, 18 listopada 2009
091118
Cywilizacja Śmierci. Takiego terminu użył Jan Paweł II w encyklikach „Veritatis Splendor” i „Evangelium Vitae” do opisania zachodniej kultury. Papieżowi chodziło o akceptację społeczną aborcji, eutanazji itp., a także szerzącą się pedofilię, pornografię i swobodę seksualną. Jak wiadomo Kościół wszystkie te rzeczy potępia jako sprzeciwiające się kultowi miłości i życia. Sam zbitek słów został użyty jako przeciwieństwo Cywilizacji Miłości – terminu wprowadzonego wcześniej przez papieża Pawła VI.
Nie mam zamiaru rozważać tego pojęcia w kategoriach wiary i moralności – zostawię to teologom i ludzkiemu sumieniu. Bardziej mnie interesuje samo wyrażenie – „Cywilizacja Śmierci”. Otóż ostatnio zauważyłem, że nasza (światowa) popkultura i nasza (polska i nie tylko) mentalność uwielbia śmierć. Nie chodzi tu o zabijanie oglądane na ekranach, czy przestępstwa popełniane na ulicach, ani nawet o kult zmarłych, ale o samo uwielbienie śmierci i zainteresowanie osobami zmarłymi.
Popkultura, czy w ogóle kultura, jest bardzo wybredna i kapryśna. Od zarania dziejów artyści umierali w biedzie zjadani przez choroby i robactwo tylko po to żeby ich dzieła sprzedawano teraz za grube miliony. Poza nielicznymi wyjątkami (np. Michał Anioł, Pablo Picasso) malarze byli wychwalani dopiero po śmierci. Dzieła Van Gogha były w jego epoce uważane za bohomazy, a obecnie ten sam Van Gogh to jeden z największych artystów. Nieco lepiej było z muzykami, ale też nie zawsze.
W dzisiejszych czasach jest jeszcze gorzej. Doceniamy kogoś, ten ktoś zdobywa jakąś popularność, następnie wszyscy o nim zapominają, a sam delikwent umiera na strzał w głowę. Najczęściej złoty. Pomijam współczucie dla kogoś kto się zaćpał na śmierć, bo to mało w tym momencie istotne. Istotniejsze jest, że w czasie między schyłkiem popularności, a śmiercią nikt nawet nie wspomniał o tym człowieku. Po śmierci natomiast okazuje się, że wszyscy go kochali. Weźmy Michael’a Jackson’a – dopiero jak umarł okazało się, że cały świat go uwielbia i wszyscy go słuchają. Podobnie Curt Cobain, Beksiński, Herbert. Media ogłaszają, że zmarł ktoś znany i okazuje się, że był powszechnie uwielbiany i wszyscy za nim rozpaczają. Śmierć stała się trendy.
W naszej mentalności mamy głęboko zakorzenione uwielbienie męczeńskiej śmierci. Po części załatwił nam to Jezus Chrystus na spółkę z Adamem Mickiewiczem i Juliuszem Słowackim, ponieważ cała Polska ma się za „mesjasza narodów”. Jesteśmy najświętsi ze wszystkich i nasze poświęcenie jest porównywane z męczeństwem Chrystusa. Gdy ktoś ważny dla kraju umiera staje się nieskazitelny. Najpierw były zniewagi i obelgi kierowane w stronę Jacka Kuronia, a potem okazało się, że wszyscy i tak go uwielbiali. Zwyczaj każe, że o zmarłych źle się nie mówi, ale zaprzeczanie pewnym faktom to chyba przesada. Nie mówię o Kuroniu bo na jego ocenę za wcześnie, ale spróbujcie powiedzieć coś o ciemnych sprawach w życiu Piłsudskiego…
Spójrzmy na śmierć Jana Pawła II. Wielki był to człowiek, ale przeważająca większość zdała sobie z tego sprawę dopiero po jego śmierci. Domagali się dni wolnych od pracy z powodu żałoby i rozpaczy. Nikt nie zauważył, że w myśl słów samego zmarłego praca to najwyższa wartość i tylko pracą i wiarą można coś osiągnąć. My jak widać wolimy wiarę, bo pracować się nie chce. Zresztą wiara najczęściej objawia się rozsyłaniem „[*]” i „Pamiętaj! Dzisiaj jest rocznica śmierci papieża – na znak, że cię to obchodzi nie jedz kartofli i wytatuuj sobie ten tekst na dupie”.
Ludzka śmierć stała się towarem, który można reklamować i na którym można zarabiać. Gdzieś po drodze znika w ludziach gust muzyczny, estetyczny, literacki, wiara, zrozumienie i sam zmarły. Ważne jest żeby wysławiać śmierć danej osoby i ewentualnie jej okoliczności. Ważne żeby pokazać innym, że pamięta się o znanym zmarłym. Szczególnie kiedy jego śmierć jest aktualnie na top’ie.
Nie mam zamiaru rozważać tego pojęcia w kategoriach wiary i moralności – zostawię to teologom i ludzkiemu sumieniu. Bardziej mnie interesuje samo wyrażenie – „Cywilizacja Śmierci”. Otóż ostatnio zauważyłem, że nasza (światowa) popkultura i nasza (polska i nie tylko) mentalność uwielbia śmierć. Nie chodzi tu o zabijanie oglądane na ekranach, czy przestępstwa popełniane na ulicach, ani nawet o kult zmarłych, ale o samo uwielbienie śmierci i zainteresowanie osobami zmarłymi.
Popkultura, czy w ogóle kultura, jest bardzo wybredna i kapryśna. Od zarania dziejów artyści umierali w biedzie zjadani przez choroby i robactwo tylko po to żeby ich dzieła sprzedawano teraz za grube miliony. Poza nielicznymi wyjątkami (np. Michał Anioł, Pablo Picasso) malarze byli wychwalani dopiero po śmierci. Dzieła Van Gogha były w jego epoce uważane za bohomazy, a obecnie ten sam Van Gogh to jeden z największych artystów. Nieco lepiej było z muzykami, ale też nie zawsze.
W dzisiejszych czasach jest jeszcze gorzej. Doceniamy kogoś, ten ktoś zdobywa jakąś popularność, następnie wszyscy o nim zapominają, a sam delikwent umiera na strzał w głowę. Najczęściej złoty. Pomijam współczucie dla kogoś kto się zaćpał na śmierć, bo to mało w tym momencie istotne. Istotniejsze jest, że w czasie między schyłkiem popularności, a śmiercią nikt nawet nie wspomniał o tym człowieku. Po śmierci natomiast okazuje się, że wszyscy go kochali. Weźmy Michael’a Jackson’a – dopiero jak umarł okazało się, że cały świat go uwielbia i wszyscy go słuchają. Podobnie Curt Cobain, Beksiński, Herbert. Media ogłaszają, że zmarł ktoś znany i okazuje się, że był powszechnie uwielbiany i wszyscy za nim rozpaczają. Śmierć stała się trendy.
W naszej mentalności mamy głęboko zakorzenione uwielbienie męczeńskiej śmierci. Po części załatwił nam to Jezus Chrystus na spółkę z Adamem Mickiewiczem i Juliuszem Słowackim, ponieważ cała Polska ma się za „mesjasza narodów”. Jesteśmy najświętsi ze wszystkich i nasze poświęcenie jest porównywane z męczeństwem Chrystusa. Gdy ktoś ważny dla kraju umiera staje się nieskazitelny. Najpierw były zniewagi i obelgi kierowane w stronę Jacka Kuronia, a potem okazało się, że wszyscy i tak go uwielbiali. Zwyczaj każe, że o zmarłych źle się nie mówi, ale zaprzeczanie pewnym faktom to chyba przesada. Nie mówię o Kuroniu bo na jego ocenę za wcześnie, ale spróbujcie powiedzieć coś o ciemnych sprawach w życiu Piłsudskiego…
Spójrzmy na śmierć Jana Pawła II. Wielki był to człowiek, ale przeważająca większość zdała sobie z tego sprawę dopiero po jego śmierci. Domagali się dni wolnych od pracy z powodu żałoby i rozpaczy. Nikt nie zauważył, że w myśl słów samego zmarłego praca to najwyższa wartość i tylko pracą i wiarą można coś osiągnąć. My jak widać wolimy wiarę, bo pracować się nie chce. Zresztą wiara najczęściej objawia się rozsyłaniem „[*]” i „Pamiętaj! Dzisiaj jest rocznica śmierci papieża – na znak, że cię to obchodzi nie jedz kartofli i wytatuuj sobie ten tekst na dupie”.
Ludzka śmierć stała się towarem, który można reklamować i na którym można zarabiać. Gdzieś po drodze znika w ludziach gust muzyczny, estetyczny, literacki, wiara, zrozumienie i sam zmarły. Ważne jest żeby wysławiać śmierć danej osoby i ewentualnie jej okoliczności. Ważne żeby pokazać innym, że pamięta się o znanym zmarłym. Szczególnie kiedy jego śmierć jest aktualnie na top’ie.
czwartek, 5 listopada 2009
091105
1. listopada - Dzień Wszystkich Świętych. Co to oznacza dla nas? Dalekie podróże, których celem jest zapalenie znicza na grobie kogoś bliskiego. Piękna tradycja (choć sam jej nie lubię, ale o tym kiedy indziej). Dzień jest dniem refleksji, wspomnień, smutku i melancholii. Przez jakiś czas zastanawiałem się dlaczego w dzień świąteczny ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych ludzie są smutni i wspominają zmarłych. Pierwsze wyjaśnienie było proste – święci też nie żyją i ludzie ze święta kościelnego zrobili świeckie wspominanie zmarłych. Rozumowanie oczywiście błędne, a prawda jest o wiele bardziej prozaiczna.
Kościół Katolicki na początku swojego istnienia borykał się z problemem kultów pogańskich. Jednym ze staropolskich, pogańskich zwyczajów było organizowanie „Dziadów”. Święta obchodzonego 2. listopada służącego nawiązaniu kontaktu ze zmarłymi. Oczywiście Dziady nie mogły w niezmienionej formie przejść do tradycji katolickiej, więc zmieniono je w Dzień Zaduszny, w którym wspominamy i modlimy się za naszych zmarłych.
Co łączy ten dzień z Dniem Wszystkich Świętych? Nic. Poza tym, że Zaduszki są dzień później oraz, w przeciwieństwie do 1. listopada, nie są dniem wolnym od pracy. I właśnie ten ostatni szczegół wyjaśnia czemu jeździmy na groby bliskich w Święto Wszystkich Świętych. Żeby było śmieszniej w PRL też był to dzień wolny, nazywany przez władze Świętem Zmarłych – stąd pochodzi dalej funkcjonująca nazwa tego dnia. Tak oto radosne święto jakim w Kościele Katolickim jest Święto Wszystkich Świętych przekształciło się w dzień wspomnień i melancholii.
O Zaduszkach natomiast mało kto pamięta, a dzięki wspaniałemu państwu na zachodzie (gdzie można dostać nobla za bycie czarnym mimo równości rasowej) bardziej znamy Halloween. Swoją drogą samo Halloween jest bardzo ciekawym świętem dającym okazję do przebrania się i zrobienia imprezy. Szkoda tylko, że kompletnie zastąpiło nasze Dziady czy Dzień Zaduszny i kompletnie nie pasuje do naszej kultury. Ja mogę zrozumieć, że meksykanie bawią się na pogrzebach (nie sprawdzone), a cyganie piją na trumnie (też nie sprawdzone) , ale nasza tradycja taka nie jest i nie będzie! Okazji do dobrej zabawy mamy wystarczająco dużo, a pamięć o zmarłych mnie przynajmniej nie napawa chęcią do imprezowania. Do smutku także nie, ale myśleć o wszystkich babciach, wujkach i ciociach wolę w samotności i mam wrażenie, że nie tylko ja tak uważam.
Zresztą od Halloween zawsze bardziej podobała mi się Noc Kupały…
Kościół Katolicki na początku swojego istnienia borykał się z problemem kultów pogańskich. Jednym ze staropolskich, pogańskich zwyczajów było organizowanie „Dziadów”. Święta obchodzonego 2. listopada służącego nawiązaniu kontaktu ze zmarłymi. Oczywiście Dziady nie mogły w niezmienionej formie przejść do tradycji katolickiej, więc zmieniono je w Dzień Zaduszny, w którym wspominamy i modlimy się za naszych zmarłych.
Co łączy ten dzień z Dniem Wszystkich Świętych? Nic. Poza tym, że Zaduszki są dzień później oraz, w przeciwieństwie do 1. listopada, nie są dniem wolnym od pracy. I właśnie ten ostatni szczegół wyjaśnia czemu jeździmy na groby bliskich w Święto Wszystkich Świętych. Żeby było śmieszniej w PRL też był to dzień wolny, nazywany przez władze Świętem Zmarłych – stąd pochodzi dalej funkcjonująca nazwa tego dnia. Tak oto radosne święto jakim w Kościele Katolickim jest Święto Wszystkich Świętych przekształciło się w dzień wspomnień i melancholii.
O Zaduszkach natomiast mało kto pamięta, a dzięki wspaniałemu państwu na zachodzie (gdzie można dostać nobla za bycie czarnym mimo równości rasowej) bardziej znamy Halloween. Swoją drogą samo Halloween jest bardzo ciekawym świętem dającym okazję do przebrania się i zrobienia imprezy. Szkoda tylko, że kompletnie zastąpiło nasze Dziady czy Dzień Zaduszny i kompletnie nie pasuje do naszej kultury. Ja mogę zrozumieć, że meksykanie bawią się na pogrzebach (nie sprawdzone), a cyganie piją na trumnie (też nie sprawdzone) , ale nasza tradycja taka nie jest i nie będzie! Okazji do dobrej zabawy mamy wystarczająco dużo, a pamięć o zmarłych mnie przynajmniej nie napawa chęcią do imprezowania. Do smutku także nie, ale myśleć o wszystkich babciach, wujkach i ciociach wolę w samotności i mam wrażenie, że nie tylko ja tak uważam.
Zresztą od Halloween zawsze bardziej podobała mi się Noc Kupały…
Subskrybuj:
Posty (Atom)